Tak dużo się działo, odkąd napisałem mój ostatni tekst. Zakończyłem go stwierdzeniem, że „teraz tylko pozostało mi jako koordynatorowi załatwić ładną pogodę”. Wyobraźcie sobie, że pogodę załatwiłem!!! Nasze ostatnie, trzecie przedstawienie odbyło się w głębokim lesie, przy czarodziejskiej skale Diable Boisko w miejscowości Pławna, w piękny słoneczny dzień! Na dodatek daliśmy z siebie wszystko, aby ładnie się zaprezentować przed licznie zgromadzoną publicznością. Co tam ładnie! Byliśmy świetni i wyjątkowi!!! Do tego wielu dobrych ludzi nam pomogło, aby warunki do występowania były jak najbardziej zgodne z naszymi planami i założeniami. Pan Artur wspólnie z tatą i mamą Grety załatwili u strażaków i dostarczyli na miejsce agregat do wytwarzania prądu. Wcześniej Centrum Kultury pożyczyło urządzenie do wytwarzania dymu. Firma transportowa dostarczyła scenografię blisko lasu, ale Artur swoim malutkim wozem terenowym zwoził ją stromym i śliskim leśnym duktem na sam dół do Diablego Boiska. To, co nie zmieściło się na przyczepce, wszyscy – dzielnie niczym Szerpowie w Himalajach – znieśli na własnych głowach, rękach i plecach. Gospodarz, który ma gospodarstwo w pobliżu lasu, udostępnił swój sad pod parking dla samochodów i osobiście wykonał znak drogowy, który tam prowadził. Inny sąsiad doradził, aby powrotną drogę dzielne autko terenowe Artura odbyło przez jego podwórko, „bo się po tym śliskim nie wydrapiecie z tego lasu”. Na dodatek z samego Krakowa przyjechała Weronika i przy pomocy Zuzi i Julki dzielnie wbijała słupki ze strzałkami, które miały kierować publiczność na ścieżkę wiodącą w głąb lasu. Ścieżkę co prawda dzień wcześniej wykosili w pocie czoła Piotrek i Kuba, a wysprzątał ze śmieci osobiście dyrektor Wojtek, ale mimo to dalej pozostała nieco śliska, mroczna i tajemnicza. Kiedy pierwsi widzowie zaczęli ukazywać się pośród drzew –ukazywać to dobre słowo, bo pojawiali się ze wszystkich niemal stron – byliśmy już zorganizowani do występu. Potem zjawiła się ekipa miejscowego portalu internetowego z kamerą i nie pozostało nam nic innego, jak tylko rozpocząć nasze popisy w tym naturalnym leśnym amfiteatrze. Jak już na początku napisałem, świetnie nam poszło i po występie każdy prezentował uśmiech typu „kucharz na budyniu”.
Rozmowy, wywiady, gratulacje, dużo radości i śmiechu – tak zapamiętałem tamte chwile. Potem trzeba było wszystko zabrać lub zapakować i dalej do góry w stronę asfaltowej drogi. Jedni przez owo przyjazne podwórko sąsiada, inni wykoszoną ścieżką, a publiczność… no właśnie, gdzie podziała się publiczność?
Odniosłem wrażenie, że tak jak pojawiła z głębi lasu – tak przez ten las została wchłonięta.
Kiedy wróciliśmy do naszej Bazy Głównej w ciężkowickim Ratuszu, powitała nas tam grupa pań z miejscowego Klubu Seniora. Na stołach czekały smakołyki, a rozpalony grill skwierczał w rogu podwórka. Chłopaki szybko uruchomili muzykę i rozpoczęła się zabawa. Przy wspólnym stole usiedli uczestnicy projektu, kilkoro rodziców, realizatorzy, przyjaciele i sympatycy projektu i panie z Klubu Seniora. A potem były tańce, konkursy i inne sympatyczne wariactwa, aż do momentu, kiedy trzeba było iść do domu.
Projekt jeszcze się nie zakończył, nadal trwa. Bo czeka nas spotkanie ewaluacyjne i malowanie pamiątkowych „niespodzianek”. Bo nikt nie chce przestać się spotykać tutaj w Bazie Głównej. Bo jest pomysł! Kilka pomysłów! Bo piszą na „Grupie”: „Kiedy następne spotkanie, proszę Pana???”, „No niech Pan powie, kiedy się spotykamy???”.